Piotr R. Frankowski, którego szalenie cenię jako dziennikarza motoryzacyjnego i towarzysza podróży na Majorkę (celem wspólnego psucia za pomocą Volvo C30 samopoczucia kolegów-dziennikarzy żołądkowo nieodpornych na jazdy po lokalnych górach), napisał w swoim blogu pod takim właśnie tytułem o “Wspólnym Europejskim Froncie Antyterenówkowym”. WEFA to ekipa socjalistycznych uzdrawiaczy, przekonująca że terenówki są passe, że w cywilizowanych miastach już ich się nie wpuszcza do centrów, że to eurokomuna i w ogóle hucpa, kazać nam jeździć takimi samymi, environmentally-fuck-friendly samochodami… No ma niby rację (szczególnie jestem gotów mu ją przyznawać, bo przywołuje jako przykład 30-letniego Land Rovera, a do takowych mam wyjatkowy sentyment), ale przypomniało mi się, że czytałem coś, co każe mi się (skądinąd wyjątkowo) z Piotrem nie zgodzić…
Otóż Forbes był uprzejmy wspomnieć kiedyś na temat listy najmniej przyjaznych środowisku samochodów. Forbes obszedł się z listą bardzo delikatnie (w końcu tygodnik opinii, ale żyć musi) tym bardziej, że dotyczy ona samochodów dopuszczonych również do ruchu w USA. Z związku z tym są na niej głównie samochody z kraju, gdzie pod gwiaździstym sztandarem serce urasta. Sama lista wygląda tak:
- Dodge Ram SRT-10
- Lamborghini Murcielago
- Bentley Arnage
- Dodge Durango 4.7 V8 4WD
- Dodge Ram 1500 4.7 V8 4WD
- Maybach 57S
- Hummer H2
- Ferrari 599 GTB Fiorano
- Ford F-250 Super Duty 5.4 V8 4WD
- GMC Yukon XL 2500 4WD
- Volkswagen Touareg V8 (pictured)
- Chevrolet Suburban 2500 4WD
Łatwo policzyć – na dwanaście topowych pozycji, osiem to samochody terenowe i pseudoterenowe, trzy to supersportowcy, a pięć to luxobarges – właśnie z gatunku takich, jakimi rozbijają się za pieniądze podatnika merowie Paryża i Londynu.
O ile jednak w przypadku takich limuzyn pojawiają się całkiem realne rozwiązania (hybrydowy Bentley? Proszę bardzo, będzie w 2009!) obniżające ich wpływ na środowisko, o tyle i Piotr, i ja wiemy, że w wypadku terenówki (w wypadku “prawdziwej terenówki” tym bardziej), ciężko jest przy obecnej technologii zrobić auto odporne na bardzo trudne warunki eksploatacyjne, niezawodne, dzielne terenowo a równocześnie spełniające wyszukane normy czystości spalin. Już łatwiej zaprzyjaźnić z przyrodą samochód sportowy (Murcie spełnia normy emisji Euro3, tylko pali 30l/100km w mieście i dlatego trafiło tak wysoko w rankingu), niż terenówkę. Utopiona po szyby w prastarym torfowym bagnie terenówka wyjedzie z tego bagna tylko wtedy, jeśli będzie wystarczająco prymitywna żeby dać się uruchomić. Nie wtrysk, tylko gaźniki, nie filtry cząstek stałych, tylko w najlepszym razie TD5 – wypisz, wymaluj 30-letni Land Rover. Ale taki Land Rover razem ze swoją skutecznością terenową jest w mieście nadmiarem dobrego. Wiem, bo sam lubię jeździć Range’m po Warszawie, ale za każdym razem uważam to za sybarycką przyjemność. 26l/100km na pewno nie pomaga żadnej przyrodzie.
Ale zgodzę się z Piotrem, że zamiast zajmować się takimi pierdołami jak decydowanie czym mamy jeździć, to znacznie lepiej zająć się ciśnieniem powietrza w oponach. Jeśli nie dociera do ludzi, że warto je sprawdzać bo stan opon może decydować o naszym być albo nie być na drodze, to może dotrze to, że stan opon decyduje o naszym portfelu (indywidualnie) i stanie środowika (gremialnie – chociaż to pewnie żadnego osobnika niesprawdzającego ciśnień nie obchodzi). Otóż Bridgestone zbadało, iż przez niesprawdzanie ciśnienia w kołach w Europie ulega przedwczesnemu zużyciu 56 milionów opon opon rocznie, a za niskie ciśnienie jest powodem marnotrawienia 8 miliardów litrów paliwa.
Może to przemówi?